Udostępnij

Już dawno żadna sprawa nie poruszyła Polaków tak bardzo, jak niedawne orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego. Chociaż słowo “poruszyła” jest tu chyba wyrażeniem nietrafionym. Powinienem napisać “wkur***a”. I właśnie o tych nieszczęsnych przekleństwach chciałem (posiadam niezbędne kompetencje, wychowałem się na mokotowskich Sielcach). No bo można byłoby kazać rządowi “umykać chyżo” albo “ubiegać czym prędzej” – co z resztą młodzi też już podchwycili – czy jednak przyniosłoby to jakiś efekt? To manifestacja, a nie konkurs poetycki. 

Każde pokolenie ma swoją rewolucję

Pamiętacie jak na manifestacjach przeciwko upolitycznianiu Trybunału Konstytucyjnego, pojawiały się oskarżenia rządzących o zdradę stanu, narodu polskiego? Jak podstawowym postulatem było zamknięcie Kaczyńskiego i wierchuszki w więzieniu? Czytam utyskiwania pokolenia swoich rodziców na nieefektywność tych bądź co bądź efektownych haseł; narzekanie na małą mobilizację młodych w tamtym okresie. I nie mogę nadziwić się temu zdziwieniu.

Wyprowadźcie mnie z błędu, ale tamten sprzeciw był w dużej mierze podsycany pamięcią czasów pierwszej kadencji PiS. Millenialsi w latach 2005 – 2007 mieli po 13, 14 lat (ja dokładnie 13 gdy upadł rząd), a wychodząca dzisiaj na ulice GEN Z nawet nie była jeszcze wtedy nazwana. Druga sprawa – moje pokolenie nie musiało nigdy walczyć o rządy prawa; nie doświadczyliśmy na własnej skórze zaduchu autorytaryzmu i nie wiedzieliśmy jakim zagrożeniem przejęcie TK czy SN jest dla naszych wolności. Można w tym kontekście powiedzieć, że manifestacje sprzed 5 lat były kolejnym zrywem rewolucyjnym pokolenia Solidarności. Chyba najdobitniejszym tego przykładem było nawiązanie do KOR-u i oporników w marynarce. Jak w tym wszystkim odnaleźć mieli się millenialsi (znowu – o GEN Z nie wspominam, bo 4 lata temu mieli 10 – 14 lat; średni to wiek na aktywizm).

Skoro pojawiają się oskarżenia wobec nas, młodych, że wtedy nie wyszliśmy na ulicę, chciałbym uprzejmie się spytać a gdzie Wy byliście na marszu parasolek czy strajku klimatycznym? I gdzie jesteście dzisiaj? Nie jest to jednak pretensja, po prostu przypomnienie: każde pokolenie ma swoją rewolucję. Pytanie czy jest w ogóle szansa, ażeby te rewolucje połączyć – to chyba jednak grubszy temat, na oddzielny artykuł.

O języku – dlaczego poprzednie protesty nie były wulgarne i dlaczego ten powinien być?

Manifestacje sprzed pięciu lat zaczęły z wysokiego C. Wyrażenia jak “zamach stanu” czy “zdrada” były dotąd, w naszym dyskursie politycznym, zachowane na naprawdę szczególne okazje. Pamiętam jakie emocje wywoływało wspomnienie o trybunale stanu dla Zbigniewa Ziobro – jedna, emocjonalna wypowiedź tego typu potrafiła zapełnić paski telewizji informacyjnych na cały dzień. Dzisiaj wszystkie te określenia straciły swą wagę i wyświechtały się. Przede wszystkim jednak: nigdy nie zadziałały.

Trybunału stanu dla Ziobry nie było, nie został on wyeliminowany z życia politycznego (wręcz odwrotnie) a nasza klasa polityczna nauczyła obracać się w świecie wyrażeń skrajnych. Jedynym narzędziem stopniowania powagi wszelkiego rodzaju oskarżeń stała się emocjonalna forma ich przekazywania – nasi politycy są jednak słabymi aktorami i większość tych prób wyglądała raczej niepoważnie. Kiedyś – ach, piękne czasy – partie posługiwały się krzykaczami pokroju Niesiołowskiego czy Macierewicza. Po jakimś czasie nawet oni stali się niepotrzebni. To pokazuje jak bardzo zdziczeliśmy politycznie.

A więc wojna

Rację mają Ci, którzy twierdzą, że “w********ć” ucina jakąkolwiek dyskusję. Tak samo jak orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego postawiło Polki przed faktem dokonanym, tak i język “na barykadach” jest nastawiony na bezwarunkową kapitulację obozu rządzącego (oszołomom, którzy zlecą się tutaj ze stwierdzeniem “ale TK to nie rząd” i to nie oni stoją za tą decyzją i jej terminem, polecam zapoznać się z poprzednią kadencją PiS – krok po kroku). W*********ć to nie jest postulat, to krzyk frustracji i oficjalne przyjęcie aktu wypowiedzenia wojny ze strony rządzących (słuszność ma tu Marta Lempart stwierdzająca “to oni zaczęli” – jakkolwiek infantylnie to nie zabrzmi).

To Prawo i Sprawiedliwość, rękami Julii Przyłębskiej, wypowiedziało wojnę Polkom, podejmując decyzję w dobie pandemii i licząc, że w związku z tym ludzie zostaną w domach. Powiecie: no ale to normalna praca a Trybunał pewnie obowiązują jakieś terminy! No i błąd. Nie mając pewności wygranej, Szanowna Pani Julia Przyłębska, odkrycie towarzyskie Jarosława Kaczyńskiego, zdążyła już przesunąć orzeczenie w sprawie Rzecznika Praw Obywatelskich (wcześniej z resztą ustalając jego termin niezgodnie z przepisami). Mówi się nawet o zamrażarce Przyłębskiej, na wzór zamrażarki sejmowej.

Wielu moich znajomych oburza się na wulgaryzmy użyte w czasie protestów, zalecając “ostrożność” i “pilnowanie granic” – to mogło zadziałać poprzednim razem, gdy Kaczyński wycofał się z pomysłu zaostrzenia ustawy antyaborcyjnej pod wpływem ogromnych protestów czarnych parasolek. Czy jednak postawienie pod ścianą przez rządzących pozostawia nam jakikolwiek wybór? Ja uważam, że nie.

Udostępnij