Udostępnij

Jeszcze rok temu nikt by się nie spodziewał, że Szymon Hołownia wyrośnie na jedną z kluczowych postaci polskiego życia politycznego. Dziennikarz, showman, znany raczej z konferansjerki aniżeli działalności społecznej i politycznej (co może być mylące, bo tym pierwszym zajmuje się już od dawna w ramach swojej fundacji). Aż tu nagle, niespodzianka – w sieci zaczęły pojawiać się dziwne artykuły i sondaże, w których Szymon Hołownia – choć jeszcze nawet nie wypowiedział się wówczas na temat swojego startu – zaczął być przedstawiany jako “Czarny Koń” wyborów. 

Tegoroczna kampania prezydencka na długo zostanie w naszej mało wdzięcznej pamięci. Brutalizacja życia politycznego w Polsce, w połączeniu z naprawdę wysoką stawką tych wyborów (kontynuowanie kursu versus powrót do Europy) sprawiły, że wszystkie strony łapały się naprawdę każdego dostępnego narzędzia. No i niestety, ponownie na tym podwyższaniu temperatury sporu straciliśmy my – wyborcy. Dodatkową frustrację wywołuje u mnie fakt, że zarówno partie jak i kandydaci właściwie wyszli z tych wyborów w dużej części “na minusie”.

Parafrazując klasyka: minus ujemny

Nie wchodząc w szczegóły, ponieważ temat ten zasługuje na oddzielny artykuł, zaryzykuję stwierdzenie, że żadna partia nie wzmocniła się tą kampanią wyborczą. Kolejny raz mieliśmy do czynienia z walką na mobilizację elektoratów, a nie – tak jak powinno wyglądać to w zdrowej demokracji – walką na programy polityczne i pomysły na Polskę. Brzmi to trochę patetycznie z mojej strony, ale kurka wodna – nie ma nic bardziej godnego patosu niż sprawne funkcjonowanie naszej demokracji i ogółem państwa. Chyba wszyscy się zgodzimy, że oni – politycy – nawet się nie starają.

Każdą próbę przewietrzenia naszego politycznego podwórka, pokazania i wdrożenia innej dynamiki rozwojowej różnych propaństwowych idei wspieram całym sercem. Moim zdaniem pomysł na to, spośród kandydatów, miał tylko Szymon Hołownia. I choć nie jestem fanem wszystkich elementów jego programu, zyskał u mnie ogromny szacunek właśnie za to niepopulistyczne, merytoryczne podejście. Jednocześnie, oglądając Hołownię w lajfach czy na konferencjach, miałem wrażenie, że mamy do czynienia z osobą, która zna politykę i kierujące nią zasady na wylot – ale jego celem nie jest korzystanie z wad tego systemu, ale jego naprawa. Czym innym oczywiście jest praktyka polityczna i nie chce mi się wierzyć, ażeby wszystkie z tych szczytnych idei przetrwały próbę czasu i próbę interesu publicznego. I to nieistotne, jak często Szymon Hołownia będzie swoich wyborców zapewniać o bezkompromisowej walce o interes publiczny i naprawę państwa, polityka szybko zweryfikuje te obietnice i ostudzi jego reformatorski zapał.

Hołownia wszystkich oszukał!

Tam jednak, gdzie pozornie piętrzą się przeszkody, Hołownia może upatrywać szansy. Przez następne 3 lata w naszym kraju prawdopodobnie nie będzie żadnych wyborów – Polska 2050 ma więc szansę wykreować się na ruch krystalicznie czysty i mający moralne prawo do piętnowania patologii systemowych i politycznych.

I pomyśl sobie teraz, że nie pisałbym tej notki i nie mógłbym wskazać jakichkolwiek cech rozwijającego się ruchu, gdyby tylko …. Szymon Hołownia został Prezydentem RP. Pewnie napiszę tu coś super niepopularnego w kręgach jego zwolenników, ale przegrana to najlepsza rzecz, jaka mogła się przytrafić Hołowni i jego ruchowi. Było oczywistym, że wysiłki kandydata i jego otoczenia wykraczały daleko poza tę jedną kampanię i potencjalne możliwości zmiany w polskiej polityce przez Szymona Hołownię jako głowy państwa. Te elementy musiały się pojawić by wypromować lidera nowego ruchu; ruchu który zajmował się w trakcie tej kampanii tematami takimi jak gospodarka, polityka zagraniczna, i to w dużo bardziej uszczegółowiony sposób niżeli wymagałaby tego walka o to konkretne stanowisko. Myślę, że uprawniony jest tu wniosek, że tak naprawdę Szymon Hołownia nie chciał wygrywać tych wyborów – potraktował je tylko jako odskocznię dla większego projektu politycznego.

Ale przecież on mógł tyle, jako Prezydent RP, zmienić!

Źródło: internet

I tu chyba przechodzimy do największego kłamstwa kampanii Szymona Hołowni. Z jego wypowiedzi może wynikać, że on naprawdę wierzył w scenariusz, w którym kandydat niezależny, po objęciu urzędu Prezydenta RP, miałby możliwość skutecznego działania w tym systemie i narzucania standardów reszcie elity politycznej. Śmiem jednak twierdzić, że od początku jego osobista wiara w taki scenariusz była raczej znikoma i nasz bohater szykował się na dłuższy marsz, wraz ze swoją armią Hołowników, ni chwili nie zakładając nawet, że pisana jest mu kariera strażnika żyrandola.

Poproszę Cię teraz o uruchomienie wyobraźni. Szymon Hołownia zostaje Prezydentem. Jakie ma możliwości wpływania na rzeczywistość? Bez posłów, bez zaplecza politycznego i bez przekonania większości klasy politycznej, że jego inicjatywa ma szansę wpłynąć głębiej na polską rzeczywistość? Po nominacji nie miałby możliwości tworzenia swojej partii politycznej (prezydent formalnie nie może być członkiem żadnej partii). Wszystkie ugrupowania w parlamencie byłyby niejako w opozycji do niego (choć nie wykluczam scenariusza, w którym PO czy inne partie opozycyjne brałyby go w obronę przy konkretnych sprawach – nie mógły jednak liczyć wtedy na oficjalne i trwałe ich poparcie czy wpływ na ustawodawstwo) i “last but not least” – prezydentowi nie wypada wchodzić w niektóre konflikty wewnętrzne, będące solą polityki parlamentarnej.

W tych okolicznościach byłoby niezwykle trudno zrobić cokolwiek. Oczywiście, po skończonej kadencji Hołownia mógłby jeszcze budować partię i próbować coś w polskiej polityce namieszać… byłby już jednak tematem oklepanym – “efekt świeżości” bezpowrotnie by przeminął, a Szymon wszystkie swoje atuty wykorzystałby w mocno niesprzyjających organizacyjnie warunkach, właściwie je marnując.

Także Hołownicy – głowy do góry! Patrzcie w horyzont, gdzie jeszcze wiele szans przed Wami! 🙂

 

 

 

Udostępnij