Udostępnij

Przez kilka ostatnich dni przetoczyła się przez Polskę fala oburzenia. Nie dyskusja, nie wymiana argumentów. W Polsce polityka tak nie działa. Trzeba wykrzyczeć swoje rację (najczęściej poprzez dodanie kilku wykrzykników do komentarza na fejsie) i zmieszać kogoś z błotem (no bo tylko tak da się wygrać dyskusję). Mowa oczywiście o awanturze związanej z projektem podniesienia wynagrodzeń dla parlamentarzystów i Prezydenta oraz wprowadzenia wynagrodzenia dla Pierwszej Damy. Cel szczytny, ale mam wrażenie – żadna ze stron nie zdała egzaminu. Także my, wyborcy. 

Na samym początku ustalmy jedno – politycy w Polsce, niezależnie od sprawowanej funkcji, powinni zarabiać więcej. Jeśli nie zgadzasz się z tym stwierdzeniem, nie ma sensu żebyś czytał ten artykuł dalej. Możemy spierać się o wysokość tych wynagrodzeń, choć pewnie byłaby to dosyć jałowa dyskusja. Opierałaby się tylko na emocjach – bo jak wyliczyć poziom w którym parlamentarzysta robi się “bardziej sprzedajny”? Barbara Nowacka spróbowała to policzyć i wszyscy wiemy jak się to skończyło. Tak samo powinno odmrozić się płace w budżetówce, które lata temu, w skandalicznym w moim przekonaniu zabiegu PRowym, zatrzymał Donald Tusk. Do cholery jasnej: w kraju, który jeszcze do niedawna znajdował się w sferze wpływów Rosji, jednego z najbardziej skorumpowanych obecnie państw w Europie. W kraju który dopiero się rozwija i wciąż nie ma wypracowanych odpowiednich procedur (a nawet jeśli jakieś ma- widać obecnie jak łatwo je obejść… ekhm, Sasin, ekhm, Szumowski) liczymy na to, że słabo opłacani urzędnicy ochronią nas przed oligarchią i korupcją? Głodowymi stawkami chcemy przyciągnąć do ministerstw specjalistów, na wolnym rynku zarabiających czasami 10 razy więcej?

Błędne koło

W romantycznej Polsce (atfu!) wciąż dominuje wizja polityka, który niczym Robin Hood zabiera bogatym i oddaje biednym, samemu przy tym mieszkając w lesie ze swoją wesołą kompanią – najlepiej w dziurawych pończochach. Z takiej postawy Polaków wobec zamożności (bo do tego, wg mnie, się to sprowadza) można byłoby napisać kilka dobrych doktoratów. Czytałem kiedyś ciekawe opracowanie w którym autor stwierdził, że nienawiść wobec bogactwa (bogaczy) to jedyna rzecz która połączyła Polskę z trzech zaborów. I szczerze mówiąc, naiwnie sądziłem, że po erze Leppera i po tragedii Smoleńskiej, rozstaliśmy się z tym podejściem raz a dobrze. Myliłem się.

Oczekujemy od polityków, że będą pracowici, profesjonalni, nieprzekupni i biedni. Ale i tak ich nienawidzimy. Albo traktujemy niepoważnie, tak jak stażystów w firmie, którzy zapieprzają za trzech, ale widocznie niewystarczająco, żeby być zatrudnionym przez firmę. Czaicie o co mi chodzi? Sami zakładamy chyba, że poseł jest o kant nie powiem czego rozbić, bo przecież zarabia tyle ile przeciętny menager. A urzędnik państwowy często mniej niż kasjerka w Biedronce (potwierdzone info). Ale nie damy im podwyżek, bo są… o kant nie powiem czego rozbić. Błędne koło. A najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że…

Pamiętacie posłankę Hojecką? 

…jak polityk już w Sejmie nie jest i z różnych przyczyn nie był lub nie stał się milionerem czy przedsiębiorcą, wieszamy na nim psy i sugerujemy, że jest życiowym niezdarą. Tak jak to było z posłanką Hojecka. Pamiętam obrzydliwy materiał jednej z czołowych stacji telewizyjnych, w którym autor wyśmiewał się z byłej już wtedy posłanki Samoobrony, która nie mogąc po skończonej kadencji sejmu znaleźć pracy, zaczęła pracować jako parkingowa. Rzeczywistość jest okrutna – ogromna liczba posłów i posłanek, po skończonej kadencji, nie jest w stanie znaleźć dla siebie godnie płatnej pracy. A już szczególnie w sytuacji, gdy byli aktywnymi parlamentarzystami.

Timing

We wszystkich krytycznych opiniach na temat ustawy czytałem o “timingu”. Solidaryzm społeczny nakazywałby przecież zmniejszenie zarobków posłów. Mamy kryzys, wiele osób straciło pracę albo zostało zmuszonych do przejścia na 3/4 etatu. Firmy bankrutują albo nie chcą zatrudniać nowych pracowników a opieka socjalna w naszym kraju kuleje. I to są wszystko bardzo dobre argumenty. Ale nie zgadzam się, że w tej dyskusji. Podniesienie zarobków parlamentarzystów jest bowiem naprawą patologii, a nie nadaniem dodatkowych benefitów. Na to nie ma dobrego czasu, miejsca. Dyskusja jakiej byliśmy świadkami miałaby miejsce niezależnie od momentu w którym tę ustawę próbowano by przegłosować, bo Polacy nie znoszą jak politycy zarabiają dobrze.

Przypomnijcie sobie opowieści o ascetycznym życiu Marszałka Piłsudskiego. Albo jak pod niebiosa wychwalana jest – przez prawą część strony politycznej – niedbałość ubioru Kaczyńskiego jako dowód na to, że nie poszedł do polityki dla pieniędzy (no racja, poszedł do niej dla władzy. A pieniądze ma przy okazji – ekhm… spółka Srebrna… ekhm). Naprawdę uważacie, że podobny projekt przedstawiony za rok, dwa, trzy byłby odebrany pozytywnie? Zmieniłyby się tylko trochę argumenty, ale wyrażenia typu “koryto”, “tłuste świnie” byłyby używane z podobną częstotliwością co obecnie.

W kontekście timingu, często przywoływany był przykład Nowej Zelandii, gdzie obcięto wynagrodzenia parlamentarzystów o 20%. Ta informacja przebiła się do mediów bez bardzo ważnej adnotacji: wynagrodzenia parlamentarzystów i członków służby cywilnej obniżono tam tylko na pół roku i z o wiele wyższego poziomu niż w Polsce. Ale hej, nagłówki rządzą!

Można – i trzeba – kłócić się o styl i zasadność pewnych rozwiązań

Jako osoba zawodowo interesująca się polityką, nie mogę wciąż wyjść z oszołomienia jak niezdarnie i bez pomyślunku przeprowadzona została cała operacja – zarówno po stronie rządzących jak i opozycji. Będąc w polityce od lat, Szanowni Panowie Budka i Kaczyński powinni nie tylko zadbać o “projekt z głową” (niektóre rozwiązania nie były podparte żadną logiką, albo miałyby sens tylko sprzężone z innymi, odważnymi rozwiązaniami) ale także odbiór społeczny całej inicjatywy.

Oczywiście nie sugeruję, że projekt ustawy powinien przejść przez jakiekolwiek konsultacje społeczne – nie wyobrażam sobie, żeby suweren zgodził się na podwyżki dla polityków tylko dlatego, że kilku wyszło do nich porozmawiać w tej sprawie. Inaczej jest jednak z elitami intelektualnymi, organizacjami społecznymi i wreszcie – samymi posłami. Jeśli tuż po głosowaniu w sejmie, do chóru przeciwników masowo dołączyły think-tanki, ludzie kultury i naukowcy wszystkich stron oraz senatorowie to ktoś – delikatnie mówiąc – spieprzył sprawę. Czy zgłosi się chociaż jedna organizacja, z którą projekt był omawiany i uzyskał jej pozytywną opinię?

I wreszcie, gdy już zaczęła rozkręcać się afera, można było zadbać o zamortyzowanie strat wizerunkowych.

Tymczasem… paniczna reakcja Platformy i woda w ustach

Borys Budka okazał się Internetem Explorerem polskiej polityki. Jego – i Platformy – reakcja była spóźniona i przypominała raczej paniczny odwrót niżeli przemyślany plan. W skrócie: “no dobra, nie to nie, przepraszamy”. System im się chyba zawiesił i trzeba było restartować komputer. “Wyłącz i włącz” trwało zdecydowanie za długo. Kilku tylko odważnych – m.in. Paweł Kowal i Barbara Nowacka – wzięli odpowiedzialność za swoje głosowanie i przedstawili jakieś argumenty (z którymi można się nie zgadzać – jak np. sugestia, że za 2000 można kupić sobie posła). Nikt nie chciał umierać za projekt. Do tego stopnia, że zrobili wg mnie rzecz haniebną z punktu widzenia interesu politycznego, tzn. opuścili sprawozdanie Rzecznika Praw Obywatelskich z pięcioletniej kadencji. Sala była niemal pusta. (Mała prywata – dzięki Bodnar za te 5 lat, spoko koleś z Ciebie!)

Śmieszny PiS

Po pierwsze: inicjatorami podjęcia tego tematu była opozycja, a myśmy się na to zgodzili. Przez kilka dni prowadziliśmy rozmowy. Po drugie: to opozycja chciała, byśmy zrobili to teraz i by tego nie przeciągać sprawy na wrzesień. Po trzecie: to opozycja chciała, by do tej ustawy dodać jeszcze kilka elementów poprawiających sytuację posłów, jak trzynaste wynagrodzenie

~ Ryszard Terlecki

Wszyscy wiemy – oprócz Marka Migalskiego (sugerował, że przecież to było takie łatwe i opozycji wystarczyło zagłosować przeciw, by wylała się fontanna szczęścia) – że nie byłoby tego projektu bez umówienia się dwóch największych partii na podwyżki. Nie wiem czy było tak jak zasugerował szef klubu PiS Terlecki, iż to Platforma wyszła z propozycją projektu do PiS (wydaje mi się to jednak prawdopodobne – PO nie ma spółek i dostępu do Funduszu Sprawiedliwości Ziobry, żeby dopłacać swoim posłom i kolegom pod stołem) ale zdumiewa mnie bezczelność PiS w udawaniu, że właściwie to nie mieli z tym wszystkim nic wspólnego. A gdy projekt był “ostrzeliwany” trudno było znaleźć kogokolwiek z Prawa i Sprawiedliwości kto projektu by bronił. Czyli wziął odpowiedzialność za swój głos.

I ustami tego samego Terleckiego kończąc

projekt kończy swoją historię

Pewnie na kilka kolejnych kadencji. Szkoda. Ale jesteście sami sobie winni.

Udostępnij